Niedawno został wyemitowany czwarty odcinek nowej serii Stargate Universe. SPOILERS AHEAD. W związku z tym, iż cały trzeci odcinek można by streścić jako "spacer po pustyni przez 45 minut", pomyślałem, że gorzej być nie może. Twórcy serialu mnie zaskoczyli. Może być. Odcinek jest o tym samym, tylko bez pustyni.
Ja dobrze to rozumiem - nowa seria, nowi aktorzy, nowe postacie, nowi widzowie. SG-1 było emitowane 10 lat, należy iść do przodu, tworzyć coraz lepsze fabuły, etc. Ale tego nie rozumiem. Odcinek pierwszy - seks. Ani SG1, ani SGA nie musiało się zniżać do scen łóżkowych (tutaj raczej schowko-szczotkowych) pomyślałem w pierwszej chwili. I to był chyba znak, by przestać oglądać. Przedstawienie jednego z głównych bohaterów - grubego Amerykanina wyrzuconego z uczelni, geniusza, który rozwiązał zagadkę w WoW. Wow, "nareszcie mam z kim się identyfikować, bro, ja też gram w WoW i wyrzucili mnie z uczelni". Do tego rzuca żartami i tekstami jak frat boy (amerykański student z bractwa, głównie utożsamiany ze skutecznym (na)chlaniem(się) niskoprocentowego amerykańskiego piwa) lub geek. Dość dziwne połączenie, zawsze te dwie subkultury były rozłączne. W dodatku cytuje filmy sprzed dziesięciu lat.
Drugi ep - najbardziej żałosna ekipa w miejscu ciekawszym niż Atlantyda. Statek obcych wysłany w najodleglejszy punkt wszechświata. Sądząc po tym, że projekt Ikarus był ściśle tajny i badania były prowadzone na innej planecie naszej galaktyki, personel bazy powinien być wykwalifikowany, prawda? Nic bardziej mylnego. Jedna z czołowych postaci, Murzyn z US Army. W pierwszym odcinku siedział w więzieniu. W drugim dostaje do ręki broń i chce zastrzelić głównego naukowca. W trzecim się okazuje, że gdyby nie wojsko, dostałby na Ziemi dożywocie. Jak się znalazł na statku kosmicznym - nie mam pojęcia. Scott, dowódca drużyny, odpowiednik Shepparda i O'Neilla. Ten sam, który się seksił z dziewczyną w pierwszym odcinku i przez wszystkie cztery powiedział do niej trzy słowa (może to i dobrze). W drugim epie ma okazję pokazać swoją charyzmę. Chwyta karabin jak Rambo i zaczyna krzyczeć. Należy też wspomnieć o odwadze. To zawsze była cecha postaci ze Stargate'a. Ludzie wyruszający w nieznane, badać technologie, spotykać kosmitów i ich zabijać. Ginąć w walce z niewolnictwem. Na statku obcych kończy się tlen, bo wszystko wylatuje przez dziurę w kadłubie. Można ją załatać jedynie poprzez poświęcenie jednej osoby. W SG-1 cała drużyna by wcisnęła ten guzik (a potem wróciła z nowym, lepszym statkiem kosmicznym). W SGA losowaliby zapałkami, kto ma mieć ten zaszczyt i zginąć za pozostałych. Co się dzieje w SGU? "You can't ask someone to sarcrifice himself. Period." W końcu znajduje się umierający polityk, który popełnia to samobójstwo. W ten sposób SGU pozbyło się jedynej osoby z jajami. I tak oto przechodzimy do córki tego senatora. Jej ojciec zginął dla niej, a przez wszystkie kolejne epy ktoś ją musi pocieszać. One useless bawwing machine (OUBM). Złapałem się na tym, że wszystkie sceny z nią przewijam. Aż żałuje, że senator nie wrzucił jej do tej dziury. :/
Odcinek trzeci - pustynia. Udają się na pustynie, by szukać piasku. OUBM płacze, potem odwiedza "duchowo" Ziemię, by przekazać złą wiadomość swojej matce i popłakać, a następnie po powrocie - płacze. Scott w tym czasie, wędruje po pustyni i ma wizje. O tym, że jego rodzice zginęli w wypadku, przeleciał niepełnoletnią, został adoptowany przez księdza i że ten ostatni upił się na śmierć. Odcinek kończy się znalezieniem piasku, piosenką, płaczącą OUBM i Scottem opowiadającym jej o tamtym księdzu.
Odcinek czwarty - ciemności. Statek zostaje bez prądu, zahacza o gazowego giganta i leci prosto w słońce. Koniec fabuły. Koniec. Nic więcej. Pozostałe 44 minuty z trzech kwadransów trwania odcinka są zajęte nagraniami uczestników wyprawy na kamerze wideo (pomysł frat boya). Gdy reszta załogi jest pochłonięta pomysłem, ten łazi za OUBM pod prysznic (10 minut z zegarkiem w ręku). Dowódca wybiera się na "duchową" wyprawę na Ziemię, by porozmawiać ze swoją żoną (7 minut). Płakania jakby trochę mniej.
Każdy kto tą serię (jeszcze) ogląda, wie, że nie wspomniałem o jednej postaci. Nie jest ona najciekawszą postacią fikcyjną jaką widziałem, ale przy tych miernotach wyszczególnionych we wpisie aż żal ją mieszać.