W czwartek miałem egzamin na kategorię A prawa jazdy. Tak jak cały ten dzień, szczęście ganiało się z nieszczęściem. Najpierw zły sen, potem prawie spóźnienie na egzamin, później wyjazd z ośrodka pod prąd, następnie utrata słuchu w środku trasy i kłótnia z egzaminatorem oraz na koniec błąd na ostatnim skrzyżowaniu przy wjeździe do ośrodka. Egzamin zaliczony. Szybki powrót na uczelnię, zabicie się na schodach i widok jedynego wykładowcy, u którego jeszcze nie zaliczyłem przedmiotu uśmiechającego się do mnie złowieszczo i pytającego, jak to jest możliwe, że jestem na WI, a na jego zajęciach mnie nie było. Przynajmniej przeżyłem, prawda?
Prawda.
Krystek - 20 października 2007 11:00:29
!Ona (0/0)