Na szczycie góry Fudzi znajduje się niecodzienna świątynia. Na jej najwyższej kondygnacji znajduje się drewniana miska z jedzeniem, którego... nie można nawet polizać. Wedle tradycji, shrine-keeper o świcie przygotowuje nową porcję wybranego dania, a pielgrzymi wyruszają na górę Fudzi. Na czczo. My też tam byliśmy. Wyruszyliśmy nieco wcześniej, by uniknąć tłoku, oraz by przeżyć piękny moment - wschód słońca podczas wspinaczki. Było ciężko, choć nie powinienem w tym momencie oceniać. Opisać trud wędrówki, wspomnieć oblodzone zbocze, którego nie mogliśmy najpierw pokonać, tak byłoby lepiej. Nie jestem poetą, a w tej historii jest coś ważniejszego niż krajobrazy. Dotarliśmy do wrót świątyni. Mnich odmawiał modlitwy kręcąc młynkiem. Zdziwił się na tyle, na ile pozwala mu jego zawód - przybyliśmy za wcześnie. Mimo to, wpuścił nas do środka. Może to zabrzmi dziwne, ale... na najwyższym piętrze świątyni stało coś przypominającego drewnianą drabinę. Na jej szczycie tkwiła drewniana miska wypełniona sałatką z kilku warzyw. Można było dostrzec kawałki sera. Ponoć jest to jedna z wielkich prób... charakteru (trudno przetłumaczyć to słowo). Gdy wychodziliśmy, ten sam mnich podzielił się z nami posiłkiem. Twierdził, że zasługujemy. Opowiadał nam niestworzone historię dotyczące świątyni i jej głównego obiektu pielgrzymek. Stwierdził, że każdego dnia zawartość miski po zachodzie słońca jest sprawdzana pod kątem zawartości. Dnia, w którym pozostanie ona nienaruszona, zostanie otwarty zwój napisany przez pierwszego shrine-keepera. Kto wie, jakich tajemnic byśmy się dowiedzieli, gdyby wreszcie ten kretyn przestał oblizywać łyżkę, którą przygotowuje codzienny offering.
!Ona (0/0)