Końców nie lubię. Niecierpię, nienawidzę. Nie jest to zwykłe niezadowolenie, gdy spragniony wypijasz resztę napoju z butelki i wciąż nie zaspokoiłeś żądzy. Samo słowo "koniec" wydaje mi się czymś strasznie negatywnym. Żadne tłumaczenia typu: "koniec wysiłku", "koniec cierpień", "koniec zła" do mnie nie docierają. Dla mnie koniec zawsze będzie końcem zabawy, zadowolenia, życia, radości. Nie lubię końców, ale to już chyba mówiłem.
Myślę, że może to być jakiś uraz w prywatnej sieci neuronowej w mojej czaszce. Jakiś rodzaj... lęku? Przed tym, co rzadkie. Jakby znaleźć starą zniszczoną pozytywkę, której żywotność pozwoli na kilka ostatnich melodii, niezwykłych koncertów, nie do odtworzenia, nie do naprawienia. Trzymam w dłoniach taką pozytywkę... wróć, trzymam już zepsutą pozytywkę. Wysłuchałem najpiękniejszych melodii, nie mogąc się powstrzymac, przed zachowaniem jej na później. Na później? Czyli na kiedy?
W uszach wciąż przebrzmiewa mi melodia, ja jednak tęsknie. Masochistyczna skłonność do robienia tego, co mnie... zrani? Tak, wiedziałem, że słuchając odbieram możliwość wysłuchania jej później. Odbieram sobie... radość. Wiem, że potem będe smutny, cichy, spragniony tej muzyki, która pozostawia za sobą niedosyt.
Prawdziwy powód jest taki, iż chcę być kimś innym. Gdy czytam, to się spełnia. Tylko gdy czytam, niestety. Gdy książka się kończy, inny świat znika, a ja pozostaje sam. Jestem szczęśliwy nie czytając, czytając jestem szczęśliwszy, po skończeniu książki jestem przybity. Nie każdej książki na szczęście. Jednak ja wciąż sięgam po te, które ranią i czynią nieszczęśliwym. CZEMU?!
chyba miewam cos podobnego ... chcialoby sie byc w tym ksiazkowym swiecie czasem =] ale z drugiej strony po pewnym czasie to przechodzi ...
CTD - 25 lutego 2004 18:51:18
!Ona (0/0)