Najpierw siedzą dwie osoby w studiu. Obydwie zapewniają, że prędzej zjedzą własne dziecko, niż by wystąpili w tym programie: "Nie, ja nie robiłem tej niespodzianki". Stawiając się w sytuacji drugiej osoby dysponujesz wiedzą, czy Ty to zrobiłeś. Nie Ty, więc co ta druga osoba od Ciebie chce? Przecież nie siedzicie na tej sofie ot tak.
Ok, mamy dwie fałszywe osoby. Które niewiadomo kogo chcą oszukać, bo na pewno nie mnie - telewidza, który przerzucił program przy wypijanej kawie, którego ryba obchodzi kto kłamie.
Dorzućmy do tego element zaskoczenia. Pojawia się film, na którym widać kto zrobi coś "szalonego" dla innej osoby. Zaskoczenie oczywiście dotyczy zarówno dla obdarowanego (który już zaczynał myśleć, że naprawdę któregoś dnia zrobił coś "szalonego") i dającego (który nie wierzył najwyraźniej, że jakikolwiek film pokażą). Uśmiecham się do prowadzącego, któremu się musi nudzić ta sama szopka co odcinek, także powstaje między nami nić zrozumienia. On patrzy się w kamerę jakby mówił: "Przepraszam, nic nie poradzę, że ludzie chcą to oglądać", na co odpowiadam mu: "Nieszkodzi, przynajmniej ja na czymś zawieszę oko, a Ty utrzymasz rodzinę".
Bogu ducha winny montarzysta wplata przygotowany materiał z "wyzwania". Znika studio, a pojawia się dach domu stojącego na wzgórzu. Widzę starszą kobietę związaną jak baleron podczepioną do młodego faceta ubranego w paralotnię (jeśli to sformuowanie jest poprawne). Po przydługim, nudnawym wstępie okazuje się, że będą lecieć. Razem. Wręcz na partnerskich warunkach, za wyłączeniem wszystkiego co mogłoby mieć wpływ na trasę lotu. "Znaczy się całe wyzwanie będzie polegało na użyczeniu ciała, które zostanie przetransportowane na dół?" Moje pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
Ruszyli. On do przodu, ona się zapiera. Młodość zwyciężyła.
Lecą.
Telewizja żyje z pokazywania zaskoczenia i emocji widza. Kiedyś założę na jedną chwilę swoją telewizję, rozreklamuję na całą Polskę dla jednego momentu: przekupię księdza i zakonnicę i każę się im parzyć na oczach widzów. Z reklam zbiorę taką kasę, że wszyscy trzej zostaniemy milionerami i wyjedziemy na Korsykę na całe życie.
rejdych - 24 stycznia 2004 20:23:05
Sęk w tym, że nie wywołuje to we mnie ani zaskoczenia, ani emocji. Nie zaskoczy mnie fakt, że to kobieta zrobiła prezent swojemu facetowi, a nie odwrotnie. Nie przeżywam emocjonalnie tego, że kobieta zamknięta w nietonący, ogrzewany kombinezon ma przepłynąć po oceanie krótki odcinek. Gdyby nie było kombinezonu, a całość nie była ochraniana przez TV, to owszem, albo bym oglądał, albo się zapisał. A tu? Zrobię dla Ciebie wszystko. Przelecę się samolotem w pierwszej klasie, zjem wystawny obiad itd. Zero wysiłku, ryzyka, czy czegokolwiek innego. Owszem, przepłynąć się w nadmienionym kombinezonie może być fajne, ale żeby to nazywać "wyzwaniem"? PS. Przepraszam, jestem uczulony na wyzwania. PS2. Wątpię, czy patent z zakonnicą wypali. Niewiele firm chciałoby się kojarzyć z takim przedstawieniem.
remiq - 24 stycznia 2004 20:51:21
Moim zdaniem to jest wyzwanie. Ja bym za żadne skarby nie dała się zapakować w taki kombinezon i wrzucić do morza, nawet, gdyby kupa ludzi pilnowała mojego bezpieczeństwa. Boję się wody jak cholera i sądzę, że dla tej kobiety to było wyzwanie. Konwencję programu pomijam.
Jade - 25 stycznia 2004 11:20:36
Kombinezon niezatapialny, zero szans na utonięcie, a po przepłynięciu wycieczka (czy co tam innego) czeka. Płynąć, nie umierać
W takim kombinezonie też bałabyś się płynąć?
remiq - 25 stycznia 2004 22:47:35
TAk. W końcu nie ufam ludziom. Nie wiadomo, kto ten kombinezon robił:>:>:> Poza tym, nigdy w życiu na wodzie na plecach, nie widząc, co wkoło się dzieje. I tak duuuuuuuuuużo wody, brrrrrr
Jade - 26 stycznia 2004 08:09:02
!Ona (0/0)